Lincoln
(2012)
Gatunek:
Biograficzny
Reżyseria:
Steven Spielberg
Scenariusz:
Tony Kushner
Produkcja:
USA
„Jak
mawiał Kaznodzieja. Mógłbym pisać krótsze kazania, ale jak już zacznę jestem
zbyt leniwy aby skończyć”, żartuje ze swoich długich wywodów krasomówczych
Lincoln. Odpieram zarzuty, że są one nużące, niepotrzebne lub staroświeckie. Moim
zdaniem Lincoln jako człowiek niewątpliwie oświecony, świadomie wybierał
przystępną formę opowiadanych przez siebie przypowieści. Spełniały one rolę
dydaktyczną, wobec raczej ubogich intelektualnie dziewiętnastowiecznych
mieszczan jak również członków Izby Reprezentantów. Dziś te same historie w
parze z genialną scenografią, doskonale wprowadzają widza w klimat tamtych
czasów. „Lincoln” to wierna historycznym faktom, relacja z ostatnich lat życia
szesnastego Prezydenta Stanów Zjednoczonych. Poznajemy go w momencie wyboru na
drugą kadencję. W tle widzimy społeczeństwo rozdarte i zmęczone przedłużającą
się wojną a sen z powiek polityków spędza burzliwy temat zniesienia
niewolnictwa.
Długo
mijałem zamyślone spojrzenie Lincolna spoglądającego z plakatów kinowych. Może
po trosze z zalegającego ciągle w sercu żalu do Spielberga za „Królestwo
Kryształowej Czaszki”, jedynego seansu kinowego którego końca nie doczekałem.
Trochę paradoksalnie z obawy przed doborowym towarzystwem jakie udało się
reżyserowi zebrać przy tym projekcie. Niestety z wysoka gwiazdy spadają
najboleśniej. W zasadzie poza zupełnie niepotrzebną dla fabuły, postacią syna
Lincolna - Roberta, graną bez wyrazu przez Josepha Gordona-Levitta, aktorstwo to
jeden z największych atutów filmu. Nie sposób nie wspomnieć, że właśnie zasługą
kreacji postaci dalszego planu, jest to że fabuła wciąga widza, nawet podczas
pozornie mało istotnych scen. Ma to o tyle znaczenie, iż twórcy bardzo
skrupulatnie starali się przedstawić większość niuansów towarzyszących
uchwaleniu Trzynastej Poprawki do Konstytucji, a zatem w filmie nie brakuje
kuluarowych politycznych targów. Niemile zaskoczyła mnie tylko jedna postać, z
czym wielu się zapewne nie zgodzi. Thaddeus Stevens grany przez charyzmatycznego
Tommy Lee Jonesa. Niestety w moim odczuciu próbował z całych sił „ukraść” film.
Momentami miałem przed oczami „Ściąganego”, z nieśmiertelnym Leslie Nielsenem,
gdzie doskonale wyśmiewano przesadną grę aktorską Jonesa. Nie rozumiem
nominacji do Oscara i tego jak bardzo pogubił się Spielberg w montażu, tak mocno
eksponując każdy grymas twarzy i rozterki wewnętrzne granej przez Jonesa
postaci. Natomiast podzielam zachwyt większości nad kreacją Daniela Day-Lewisa.
Perfekcyjna charakteryzacja tylko dopełniła bardzo spójnego obrazu bohatera.
Aktor znany z tego, że przeobraża się w graną przez siebie postać, potwierdził
swój kunszt i dzięki trzeciej statuetce za pierwszoplanową rolę męską, na
zawsze zapisał się w historii kina. Wspaniale ludzką stronę Prezydenta odkrywa
jego żona, w tej roli zachwycająca Sally Field. Ich wzajemne, często burzliwe
dyskusje, ujawniają jak ciężkie brzemię niósł na swych barkach Lincoln i jak
bardzo samotny może być człowiek realizujący wizję wyprzedzającą czasy w jakich
żyje.
Film
ma tendencję do przerysowywania wydarzeń, aby mniej uważny lub zdezorientowany
widz mógł mimo wszystko nadążać za dynamicznymi politycznymi wątkami. Raczej nie
jest pompatyczny. To iście podręcznikowe, hollywoodzkie kino patriotyczne.
Jakże potrzebne amerykańskim nastolatkom po seansie ubiegłorocznego „Abrahama
Lincolna – Łowcy wampirów 3D”, dla uporządkowania wiedzy historycznej. Trudno
się też oprzeć wrażeniu, że właśnie ze względu na nich, ich rodziców oraz
Amerykańską Akademię Filmową, ten film jest tak szablonowy, prosty i wyrazisty.
Oscarowy.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz