Etykiety

sobota, 1 czerwca 2013

Lincoln (2012)

Gatunek: Biograficzny
Reżyseria: Steven Spielberg
Scenariusz: Tony Kushner
Produkcja: USA
 
„Jak mawiał Kaznodzieja. Mógłbym pisać krótsze kazania, ale jak już zacznę jestem zbyt leniwy aby skończyć”, żartuje ze swoich długich wywodów krasomówczych Lincoln. Odpieram zarzuty, że są one nużące, niepotrzebne lub staroświeckie. Moim zdaniem Lincoln jako człowiek niewątpliwie oświecony, świadomie wybierał przystępną formę opowiadanych przez siebie przypowieści. Spełniały one rolę dydaktyczną, wobec raczej ubogich intelektualnie dziewiętnastowiecznych mieszczan jak również członków Izby Reprezentantów. Dziś te same historie w parze z genialną scenografią, doskonale wprowadzają widza w klimat tamtych czasów. „Lincoln” to wierna historycznym faktom, relacja z ostatnich lat życia szesnastego Prezydenta Stanów Zjednoczonych. Poznajemy go w momencie wyboru na drugą kadencję. W tle widzimy społeczeństwo rozdarte i zmęczone przedłużającą się wojną a sen z powiek polityków spędza burzliwy temat zniesienia niewolnictwa.
Długo mijałem zamyślone spojrzenie Lincolna spoglądającego z plakatów kinowych. Może po trosze z zalegającego ciągle w sercu żalu do Spielberga za „Królestwo Kryształowej Czaszki”, jedynego seansu kinowego którego końca nie doczekałem. Trochę paradoksalnie z obawy przed doborowym towarzystwem jakie udało się reżyserowi zebrać przy tym projekcie. Niestety z wysoka gwiazdy spadają najboleśniej. W zasadzie poza zupełnie niepotrzebną dla fabuły, postacią syna Lincolna - Roberta, graną bez wyrazu przez Josepha Gordona-Levitta, aktorstwo to jeden z największych atutów filmu. Nie sposób nie wspomnieć, że właśnie zasługą kreacji postaci dalszego planu, jest to że fabuła wciąga widza, nawet podczas pozornie mało istotnych scen. Ma to o tyle znaczenie, iż twórcy bardzo skrupulatnie starali się przedstawić większość niuansów towarzyszących uchwaleniu Trzynastej Poprawki do Konstytucji, a zatem w filmie nie brakuje kuluarowych politycznych targów. Niemile zaskoczyła mnie tylko jedna postać, z czym wielu się zapewne nie zgodzi. Thaddeus Stevens grany przez charyzmatycznego Tommy Lee Jonesa. Niestety w moim odczuciu próbował z całych sił „ukraść” film. Momentami miałem przed oczami „Ściąganego”, z nieśmiertelnym Leslie Nielsenem, gdzie doskonale wyśmiewano przesadną grę aktorską Jonesa. Nie rozumiem nominacji do Oscara i tego jak bardzo pogubił się Spielberg w montażu, tak mocno eksponując każdy grymas twarzy i rozterki wewnętrzne granej przez Jonesa postaci. Natomiast podzielam zachwyt większości nad kreacją Daniela Day-Lewisa. Perfekcyjna charakteryzacja tylko dopełniła bardzo spójnego obrazu bohatera. Aktor znany z tego, że przeobraża się w graną przez siebie postać, potwierdził swój kunszt i dzięki trzeciej statuetce za pierwszoplanową rolę męską, na zawsze zapisał się w historii kina. Wspaniale ludzką stronę Prezydenta odkrywa jego żona, w tej roli zachwycająca Sally Field. Ich wzajemne, często burzliwe dyskusje, ujawniają jak ciężkie brzemię niósł na swych barkach Lincoln i jak bardzo samotny może być człowiek realizujący wizję wyprzedzającą czasy w jakich żyje.
Film ma tendencję do przerysowywania wydarzeń, aby mniej uważny lub zdezorientowany widz mógł mimo wszystko nadążać za dynamicznymi politycznymi wątkami. Raczej nie jest pompatyczny. To iście podręcznikowe, hollywoodzkie kino patriotyczne. Jakże potrzebne amerykańskim nastolatkom po seansie ubiegłorocznego „Abrahama Lincolna – Łowcy wampirów 3D”, dla uporządkowania wiedzy historycznej. Trudno się też oprzeć wrażeniu, że właśnie ze względu na nich, ich rodziców oraz Amerykańską Akademię Filmową, ten film jest tak szablonowy, prosty i wyrazisty. Oscarowy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz